
Nie wszystkie dziewczynki były księżniczkami taty – o tych, które musiały nauczyć się przetrwania.
Nie wszystkie dzieci dorastały w domach pełnych śmiechu, czułości i beztroski. Niektóre dorastały w napięciu – w ciszy, która mogła przerodzić się w burzę, w uważnym nasłuchiwaniu kroków za drzwiami, w odruchowym wstrzymywaniu oddechu przy każdej podniesionej głosie.
Niektóre dziewczynki nie były księżniczkami taty – niektóre musiały stać się tarczą ochronną dla mamy, tej, która płakała, cierpiała, której potrzeby były spychane na drugi plan, tej, która wciąż czuła napięcie…
Byłam dzieckiem takiej osoby. Już jako dziecko było mi bardzo żal mojej mamy i większości kobiet w mojej rodzinie. Pamiętam spotkania kobiet i wieczne płacze oraz narzekania na swoich mężów, na brak pieniędzy, ich ciągłe wyzwania. W takim świecie dorastałam.
Pamiętam to napięcie, które było obecne niemal cały czas. Cisza nigdy nie była spokojna – była zapowiedzią czegoś, co może nadejść.
Były dni, w których czułam się normalnie, kiedy uśmiech na twarzy mojej mamy mówił mi, że dzisiaj może być dobry dzień. Ale równie często miałam wrażenie, że ten spokój jest tylko chwilowy – że to zawieszenie broni, a nie prawdziwa harmonia. Wiele razy przed szkołą czy przedszkolem wybuchały kłótnie – nie wiem, o co… Chłonęłam to, potem sama dawałam popalić moim rodzicom. Z czego to wynikało? Może właśnie z tego napięcia w moim ciele, którego nie umiałam nazwać…
Jako dzieci nie analizujemy rzeczywistości tak, jak robią to dorośli. Nie zastanawiamy się nad mechanizmami relacji, nad przyczynami czy schematami międzypokoleniowymi. Po prostu chłoniemy wszystko – emocje, atmosferę, napięcie – i uczymy się funkcjonować w tym, co jest nam dane. I często oznacza to wykształcenie mechanizmów przetrwania, które zostają z nami na długie lata.
Jak dzieciństwo w napięciu wpływa na dorosłość?

Dorastanie w domu pełnym napięcia kształtuje nas bardziej, niż możemy sobie wyobrazić. Czasem dopiero po latach zaczynamy dostrzegać, że nasze reakcje na różne sytuacje są nie tyle wynikiem naszego „charakteru”, ile tego, czego nauczyło nas dzieciństwo.
Nadmierna wrażliwość na konflikt – kiedy dorastało się w domu, gdzie awantury mogły wybuchnąć w każdej chwili, system nerwowy pozostaje w stanie gotowości. Jako dorośli możemy reagować na kłótnie paniką lub odwrotnie – wycofaniem się i zamrożeniem. Konflikt nie jest dla nas czymś, co można „załatwić” – jest czymś, co kojarzy się z zagrożeniem.
Jak można to zmienić? Przede wszystkim poprzez świadome oswajanie konfliktu jako części życia, a nie zagrożenia. Terapia, praca nad sobą, nauka zdrowej komunikacji oraz uważności mogą pomóc w stopniowym przełamywaniu tego schematu. Warto budować w sobie przekonanie, że kłótnia nie zawsze musi prowadzić do katastrofy, a spór nie oznacza końca relacji.
Przesadne dbanie o emocje innych – dzieci, które dorastały w napiętych domach, często rozwijają w sobie umiejętność „czytania” atmosfery. Stajemy się ekspertami w analizowaniu mikroekspresji, tonu głosu, mowy ciała. To dlatego jako dorośli możemy odruchowo czuć, kiedy „coś wisi w powietrzu” – nawet jeśli inni jeszcze tego nie zauważyli.
Taka właśnie byłam – wciąż widziałam innych, chciałam im pomóc, zapominałam o sobie i swoich potrzebach.
Nieraz byłam odpychana przez rówieśników, na drugi plan. Ludzie, których tak kochałam, moje przyjaciółki, które wtedy były moim całym światem, zaczęły się ode mnie odwracać. Wybuchałam emocjami, nie umiałam sobie z tym radzić. Po śmierci mamy brakowało mi poczucia miłości i bezpieczeństwa – szukałam ich w innych ludziach, w miłosnych przygodach, w poszukiwaniu „wielkiej miłości”, która ukoi ten ból.
Strach przed stabilnością i szczęściem – może to brzmieć paradoksalnie, ale jeśli całe dzieciństwo było przepełnione napięciem, dorosłość w spokoju może być… niepokojąca. Gdy przez lata przyzwyczailiśmy się do tego, że dobry dzień może skończyć się źle, w dorosłości możemy nieświadomie sabotować własne szczęście, bo podświadomość mówi: „Nie przyzwyczajaj się, to nie potrwa długo.”
Z takim przekonaniem szłam przez życie. Czasem specjalnie wszczynałam kłótnie z ukochanym, jakby w obronie przed własnymi emocjami, bo żyłam w przekonaniu, że nie mogę się do nikogo zbytnio przywiązać – bo może mnie opuścić. Do dzieci miałam podobne podejście. Czułam, że Bóg umie zabierać mi ukochane osoby, a ja muszę się przed tym bronić. To sprawiało, że nie potrafiłam kochać tak, jak powinnam. Dzisiaj wszystko jest inaczej, bo zrozumiałam te mechanizmy.
Problemy z odpoczynkiem i relaksem – osoby, które dorastały w napięciu, często nie potrafią po prostu „być”. Zawsze muszą coś robić, organizować, pilnować.
Wymyślałam sprzątanie, remonty, zadania, bo nie potrafiłam poleżeć. A męża ganiłam do pracy, z zazdrości, że on potrafi odpoczywać. To było jak potrzeba kontrolowania chaosu – tylko że ten chaos był już we mnie.
Jak to zmienić? Jak się uwolnić?
Pierwszy krok to świadomość – zrozumienie, że Twoje reakcje nie są Twoją „winą”, lecz naturalnym skutkiem doświadczeń.
Daj sobie prawo do spokoju – ucz się odpoczywać, nawet jeśli początkowo będzie to trudne.
Zadbaj o swoje wewnętrzne dziecko – zapewnij mu miłość, bezpieczeństwo i wyrozumiałość, której kiedyś brakowało.
Nie jesteś już w tamtym domu. Możesz wybrać, jak chcesz, by wyglądało Twoje życie.
Dla tych, którzy czują to samo
Nie jesteś sama. Możesz nauczyć się czuć bezpiecznie, czerpać radość z codzienności. To wymaga czasu, ale jest możliwe. I zasługujesz na to. ❤️

Jeśli chcesz więcej inspiracji i treści o samorozwoju, zajrzyj na moją stronę oraz do moich mediów społecznościowych. Razem możemy budować życie pełne spokoju i samoakceptacji.